Jakie nastawienie do nauki da najlepsze efekty?
Zaczynając pisać ten tekst wydawało mi się, że moje przemyślenia dotyczące związku nastawienia i rezultatów są w dużej mierze odosobnione. Że moje wynurzenia otworzą Wam tutaj oczy i poznacie do tej pory zakrytą prawdę objawioną. W końcu tyle osób, które znam przeszkadzają sobie swoim nastawieniem, wkładają je sobie w szprychy niczym mem z rowerkiem. Całe szczęście potęga internetu szybko wyprowadziła mnie z błędu i uświadomiła o braku, być może, odkrywczości mojej myśli z punktu widzenia historii.
"Our life is what our thoughts make it" - życie jest takie, jakim uczynią je nasze myśli, powiedział Marek Aureliusz tysiące lat temu. I nie był jedynym z wielkich ludzi, którzy przez ostatnie 2 tysiące lat powtarzali niczym echo to samo przesłanie. Na temat nastawienia jako kluczowej rzeczy w życiu wypowiadali się Churchill, Einstein, czy Thomas Jefferson. Ten ostatni zapisał się w historii (między innymi oczywiście) słowami: "Nothing can stop the man with the right mental attitude from achieving his goal; nothing on earth can help the man with the wrong mental attitude." - Nic nie powstrzyma człowieka o właściwym nastawieniu; nic nie jest w stanie pomóc człowiekowi ze złym.
Te złote myśli może brzmią nieco patetycznie i nieżyciowo, ale wbrew tym odczuciom są cholernie prawdziwe. Pracując z dziesiątkami uczniów przez lata, oraz na własnym przykładzie, widzę bardzo wyraźnie: ze wszystkich czynników wpływających na sukces językowy, nastawienie jest najważniejszym.
Wspomniałem moją własną historię, więc może zacznę od niej. Uczyłem się w życiu czterech języków, z czego dwóch "na poważnie". Angielskiego i francuskiego. Uczę angielskiego, więc może trochę od początku wiecie jak to się skończyło, ale może warto poznać powody, dla których tak jest.
Jak prawdopodobnie już wiecie, w angielski wciągnąłem się przez granie. Chciałem się uczyć języka, było to ciekawe i pozwalało mi bawić się lepiej przy mojej ulubionej grze. Tymczasem, francuski był dla mnie zawsze językiem dziwnym, tym drugim. Wymowa była dziwna, słownictwo na siłę inne niż po angielsku, pisownia zupełnie bez związku z wymową, no i to pretensjonalne hrhrhrhr, że niby taki "bon ton" jestem. Wszystko niepotrzebnie skomplikowane. Podobało mi się to tylko na początku, gdy jeszcze nie wymagano ode mnie znajomości odmian czasowników i poprawnego wyrażania się. Wraz z dostaniem się na studia, oprócz popełnienia innego błędu, który jest materiałem na inną historię, wysokie wymagania przy jednym dniu zajęć w tygodniu i piątkowo-wieczorny czas tychże pogłębiły moją niechęć do tego języka. Jak nietrudno się domyślić, nauka szła mi jak po grudzie. Unikałem chodzenia na zajęcia, jak już byłem, to chciałem jak najszybciej się stamtąd zawinąć i robić wreszcie wartościowe rzeczy. Stresowałem się przechodząc obok budynku i zmuszając się do zakuwania słówek, odmian i powtarzania jak małpa wymowy (a i tak tylko dlatego, że była fonetyka francuska, którą musiałem zdać).
Najtrudniejsze w tym wszystkim było przełamanie oporu przed nauką. Jak już zacząłem rozumieć, że albo zdam ten francuski, albo wylatuję ze studiów, wziąłem się za naukę i o dziwo dałem radę. Francuski okazał się nie być aż tak okropny, jak mi się wydawał jeszcze rok wcześniej. Nie byłem niezdolny do nauki, byłem do niej niechętny (bardzo).
Jeśli widzicie siebie w tej historii, to wiecie już, że coś jest nie tak. Hamulcem, który spowalnia Waszą naukę jest Wasze nastawienie do niej. W mojej historii warunki do nauki były skrajnie złe, również nie z mojego powodu, jednak gdzieś połowa osób w mojej grupie uczyła się tam bez większych zgrzytów i zdała na 5 ot tak. Można powiedzieć: byli uzdolnieni. Można powiedzieć, że moje nastawienie wynikło z wrogiego otoczenia. I to są argumenty, które bardzo często słyszę. O, to nie tak, że ja nie chcę, po prostu nauczyciel w podstawówce był zły i zniechęcił mnie do nauki. O, to przez te okropne tamte siamte. I można sobie tak to tłumaczyć, bo zazwyczaj trochę prawdy w tym jest. Nauczyciele bywają kiepscy, podręczniki źle zaprojektowane, nacja i kultura obcego kraju odpychająca. Tylko zastanówmy się: i co z tego?
Mamy jakiś cel przed sobą i mamy powód, by tam zmierzać. Możecie chcieć się nauczyć angielskiego aby wyjechać za granicę i zacząć lepsze życie. Aby zdobyć kwalifikacje do awansu. Aby zdać dobrze maturę lub zaliczyć sesję na studiach. Te powody są ważne dla Was i niezależnie od tego, co sądzicie o nauce danego języka, uznaliście że trzeba to zrobić. Trzeba się go nauczyć. Dlatego możecie walczyć ze sobą i ciągnąć nastawieniem w stronę przeciwną od Waszych celów, albo też wykorzystać je jako pomoc w drodze ku celu.
Wiemy już z grubsza jak nie należy myśleć, ale wymieńmy sobie jeszcze kilka konkretnych przekonań, które wyprowadzą nas na manowce i utrudnią naukę.
1. Nie mam talentu do języków
2. Angielski jest głupi, a Anglicy to zadufani w sobie hipokryci
3. Angielski jest trudny i nauczenie się go zajmie mi o wiele za dużo czasu
4. Jestem już za stary, żeby skutecznie uczyć się języków
5. Angielski/Amerykański akcent brzmi głupio, haha, nigdy nie będę tak mówił
6. Nie ma sensu się uczyć, i tak nigdy nie będę mówił tak dobrze jak native
7. Miałem szanse na sukces, gdybym zaczął się uczyć jako dziecko, teraz już za późno
Raz jeszcze podkreślam: jeśli którekolwiek z tych zdań jest dla Was prawdziwe, wkładacie sobie kij w szprychy. Jak zatem naoliwić swój rowerek i ułatwić sobie jazdę? (no i wyjąć kij na początek) Spróbujmy uczynić powyższe zdania pomocnymi i prawdziwymi.
1. Jestem jak każdy jeśli chodzi o naukę języków. W Anglii żyją głupsi ode mnie i mówią perfekcyjnie. Jak oni się nauczyli, to ja też mogę.
2. Angielski jest inny niż polski/niemiecki/francuski/każdy inny jezyk, a ludzie, którzy się nim posługują wytworzyli dużą część uznanych na całym świecie dzieł we wszystkich dziedzinach. Może jest coś, czego mogę się od nich nauczyć (byle nie nadęcia ;)
3. Angielski jest obiektywnie jednym z prostszych jezyków świata. Skoro Hindus bez butów może się go nauczyć, to ja też (bez urazy dla Hindusów, bardzo lubię ich naród)
4. Zapamiętałem dzisiaj jedno słowo po angielsku, zapamiętanie pozostałych to kwestia czasu.
5. Polacy mają według obcokrajowców dość ładny i intrygujący akcent. Wystarczy nauczyć się poprawnej wymowy słów (aby zostać zrozumianym) i można podbijać zagraniczne salony swoim tajemniczym akcentem z Polski.
6. Celem nauki języka jest komunikacja, a nie perfekcja. B2 jest całkowicie osiągalne dla KAŻDEGO, i tyle mi wystarczy, żeby uzyskać to, co chcę.
7. Dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy ludzi w Polsce zaczyna naukę jako dorośli. I dają radę. Nie jestem gorszy od przeciętnego Polaka.
Jak widzicie wiele z tych postaw opiera się na uznaniu siebie za równego przeciętnej. To nie jest trudny warunek do spełnienia. Każdy z Was może taki pogląd na siebie przyjąć z korzyścią dla siebie.
Zostaje nam jeszcze jeden problem. Jak skłonić się do uwierzenia w swoje możliwości jeśli całe życie myśleliśmy inaczej? Łatwo nie będzie, ale upraszam Was o wypróbowanie chociaż jednego z poniższych pomysłów i danie mu szansy.
1. Znalezienie czegoś fajnego, co jest po angielsku. Książka/mówca/program w TV/gra/piosenka. Poczujcie, że to jest świetne i szczerze Was ciekawi.
2. Zapisanie się na kurs językowy. Niekoniecznie u mnie, chociaż oferuję, gdziekolwiek. Być może osiągniecie pierwsze wymierne sukcesy.
3. Pochwalenie się znajomemu czy przyjacielowi czymś, czego się nauczyliście odnośnie języka. Słówko, fraza, kawałek historii. Ich reakcja może Was wesprzeć.
4. Opowiedzenie komuś dlaczego chcesz się nauczyć języka i co Ci się w nim podoba/ciekawi. Przypomnisz sobie swoją wypowiedź w chwilach zwątpienia.
5. Porozmawianie ze znajomym, który zna i lubi angielski. Zadanie mu pytania: kurde, dlaczego?
Się rozpisałem. Ten artykuł jest może trochę bardziej życiowy i nieżyciowy zarazem niż pozostałe, ale jeśli macie zapamiętać z niego jedną rzecz, oto ona.
NIE PRZESZKADZAJCIE SOBIE SAMYM. Świat jest wystarczająco trudny sam w sobie. Macie więcej władzy nad swoim życiem niż się Wam wydaje.
Pozdrawiam, i cieszmy się nauką języków, bo jest fajna.
-Grzegorz Berkowski
